Przedstawiciel firmy doradczej żali się na chaos panujący w urzędach marszałkowskich związany z procedurą oceny wniosków. Publikujemy jego emocjonalne często uwagi, traktując jako głos w dyskusji.
© RegioPortal
źródło: RegioPortal
fot. Mariusz Sidor
No i masz wójcie, problem
Regionalne programy operacyjne miały umożliwić samorządom lokalnym skuteczniejsze rozwiązywanie problemów oraz przyspieszyć ich rozwój. Projekty o dofinansowanie miały być wybierane przez społeczności, które dzięki lepszej wiedzy o własnych problemach i przewagach konkurencyjnych mogły wpływać na szybszy rozwój regionu. Po niespełna dwóch latach działania programów regionalnych sytuacja – mówiąc delikatinie – budzi jednak niepokój. Wiele urzędów marszałkowskich jest nieprzygotowanych do wdrażania unijnych programów. Mogłoby się wydawać, że błędy popełnione w poprzednim okresie budżetowania można łatwo naprawić i stworzyć system efektywny, skuteczny i przejrzysty. Tak się jednak nie stało. Dziś beneficjenci stanowią część systemu, który zanim ruszył - już się rozpadł.
Pogrom wodno-ściekowy
Przykład? Proszę bardzo. W jednym z województw, które znam dobrze, bo w nim mieszkam i prowadzę firmę, w działaniu dotyczącym gospodarki wodno-ściekowej złożono 46 wniosków o dofinansowanie. Ocenę formalną przeszły tylko 3 projekty! O czym to świadczy? Czy beneficjenci byli na tyle niedoświadczeni, że nie potrafili przygotować wniosku z załącznikami? Czy może jednak procedury były tak skomplikowane i nazbyt rygorystyczne, że gminy na nich poległy? Jedno wydaje się pewne: to w mojej opinii wielka porażka osób odpowiedzialnych za przygotowanie konkursu. Województwo nie wybrało projektów najlepszych, których oddziaływanie na otoczenie społeczne będzie największe, lecz projekty, którym udało się przejść sito oceny formalnej. Idąc dalej tym tropem sprawdziłem, dlaczego wnioski zostały odrzucane już podczas oceny formalnej. Wstępna rozmowa z pracownikami urzędu wskazała, że niektórzy z nich po raz pierwszy w życiu widzieli wniosek, studium wykonalności projektu i dokumentację techniczną.
Uwagi do wniosków formułowane były inaczej przez każdego pracownika i zaprzeczały sobie nawzajem. Jeden z pracowników oświadczył wręcz, że „jeśli zrobią państwo tak jak ja chcę, to nie macie i tak pewności, że inny oceniający nie stwierdzi uchybienia, bo będzie miał inne zdanie”. Dziwne prawda? I dość szokujące. Pracownik taką wypowiedzią kompromituje siebie i cały zacny urząd. Gminom zarzucano m.in. niezgodności między kosztorysem projektu a sumami zaplanowanymi w planach rozwoju lokalnego. Urzędnicy stwierdzili bowiem, iż kosztorys składanego projektu musi być spójny z planem rozwoju lokalnego (PRL) gminy. Spójny, czyli pokrywający się co do grosza! Podobnie ze wskaźnikami projektu: wskaźniki produktu i rezultatu miały być dokładnie takie same jak we wniosku.
No i mamy tutaj do czynienia z całkowitym brakiem zrozumienia procesu planowania. Tworząc plany rozwojowe w 2007 r. gminy nie znały przecież dokładnie kosztów projektu: tak samo jak nie wiedziały, kiedy dokładnie urząd marszałkowski ogłosi terminy składania wniosków. Zgodnie z zasadami planowania strategicznego, zbudowały swoje plany opierając się na koncepcjach. Kosztorys koncepcyjny nigdy nie będzie przecież zgodny z ostatecznym. Co robiły więc gminy, aby sprostać absurdalnym żądaniom marszałkowskich urzędników? Zwoływały samorządowe sesje nadzwyczajne i wpisywały do lokalnych planów kwotę z wniosków. Wnioski odrzucane były bowiem nawet przy drobnych błędach rachunkowych, a spory powstawały głównie przy zaokrąglaniu podatku VAT - wszystko zależało od interpretacji oceniającego urzędnika. Najwięcej kłopotów oceniający mieli jednak przy studiach wykonalności projektów. Pokutuje bowiem całkowite niezrozumienie, czym jest studium wykonalności i czemu służy. Bo oto okazało się, że studium musi być wierną kopią wniosku: przy tym analizy finansowe i ekonomiczne były inaczej interpretowane przez rożnych oceniających. Błędy oceniających można by mnożyć w nieskończoność. Niektóre z tych błędów są śmieszne i kompromitują cały system. Smutny i dobijający jest jednak fakt, iż beneficjenci nie mogą uzyskać wsparcia od oceniających. Urzędnicy mają władzę, lecz nierzadko nie mają wiedzy: z kolei doświadczeni beneficjenci posiadają często wiedzę, ale nie dysponują ,,mocą decyzyjną”.
Ucieczka z urzędów
Jednym z powodów mizernej kompetencji części urzędników jest drenaż mózgów przeprowadzony przez firmy doradcze, które wyssały z rynku – a najczęściej z urzędów marszałkowskich – co kompetentniejsze osoby. Osoby o wysokich kompetencjach, które zdobyły doświadczenie w urzędach w ostatnim okresie programowania znalazły po prostu lepsze warunki pracy w firmach doradczych. Trudno się temu dziwić, bo w urzędach zarabiały zbyt mało, a bez wystarczających koneksji nie miały szans na awans zawodowy. Trudno się też dziwić firmom doradczym, które chcąc podnosić poziom swoich usług chętnie inwestowały w osoby o wysokich kwalifikacjach. Moje województwo nie jest jedynym przykładem takiego drenażu mózgów: tak się dzieje wszędzie, a w wielu urzędach poziom oceny projektów jest również na poziomie zbliżonym do opisywanego powyżej. Nie działające infolinie i generatory wniosków, sprzeczne przepisy, brak kompetentnych informacji dla beneficjentów - to najważniejsze problemy wyłaniające się dzisiaj w województwach.
Właśnie teraz więc należy się głęboko zastanowić, jak szybko naprawić błędy i nie tracić szansy, o którą tak zażarcie walczyliśmy. Pierwszym etapem tych zmian - i zdaje się najtrudniejszym - jest zmiana mentalności osób, które odpowiedzialne są za programy operacyjne. Mam na myśli zarówno władze województw, jak i o zwykłych pracowników zatrudnionych w departamentach zarządania dotacjami w regionach. Beneficjanci pomocy - samorządy, przedsiębiorcy, instytucje i fundacje - nie są przecież wasalami, którzy błagać muszą o pomoc i wyrozumiałość. To przecież klienci, którym zapewnić należy jak najlepsza obsługę. Dziś szeregowy pracownik urzędu oceniąjący wniosek jest ważniejszy od wójta, burmistrza i prezydenta. Od dobrej woli owego urzędnika zależy czy dzieci na wsi dojadą nową drogą do szkoły, czy mieszkańcy gminy będą mogli skorzystać z Internetu.
Należy również skończyć z wielką machiną propagandy. Politycy jeżdżący po województwie i obiecujący, że wszyscy otrzymają pomoc. Media, które wmawiają wszystkim, jak wielką pomoc otrzymamy i że ,,każde miasto, każda wieś naszego kraju będzie wyglądała jak raj, w którym nad naszymi głowami wyrosną nowe mosty, pod naszymi stopami powstaną nowe chodniki a obok naszego domu powstaną nowe firmy, które dadzą nam pracę”. Obawiam się, że rzeczywistość nie jest tak różowa: boję się także, że najtrudniejszą misję będą mieli do spełnienia wójtowie, burmistrzowie i prezydenci, którzy zostaną za jakiś czas zmuszeni do wytłumaczenia swoim mieszkańcom, że pozyskanie dotacji to bardzo trudne zadanie, prawdziwa woltyżerka; że nie wystarczy prowadzić dobrej polityki rozwojowej, lecz trzeba mieć również sporo szczęścia (czytaj: trafić na życzliwego i kompetentnego urzędnika). Że nie powstanie pływalnia, kilkunastokilometrowy pas asfaltowej drogi albo nowe miejsce pracy w miejscowej firmie. Zawiedziony mieszkaniec gminy nie przyjdzie przecież ze skargą do marszałka województwa, nie urzędnikowi w województwie pożali się, że jego dziecko nie może dojechać do szkoły. Przyjdzie ,,z buzią” do wójta, który będzie musiał się wytłumaczyć, dlaczego nie pozyskał unijnego wsparcia na ważne gminne cele. I co odpowie gospodarz gminy? Że nie uzyskał dotacji, ponieważ zaistniały ,,rozbieżności'' jak zaokrąglić podatek VAT we wniosku aplikacyjnym i że różnica 0,02 zł między wnioskiem a planami budżetowymi gminy zdecydowała, że droga o wartości pięciu milionów złotych szybko nie powstanie? Ciekawe czy mieszkańcy uwierzyliby w podobne tłumaczenia? W coś takiego trudno przecież uwierzyć. Dodajmy uczciwie, że podziękowanie należy się jednak tym wszystkim, którzy dbają o beneficjantów. Na szczęście są jeszcze urzędy marszałkowskie, są pracownicy, którzy swoją pracę traktują poważnie i chcą, aby ich region się rozwijał. Dlaczego jednak jest ich tak mało?
(Imię i nazwisko autora do wiadomości redakcji)
Od redakcji:
Nie polemizujemy z uwagami autora, z pewnością są one nazbyt ogólnikowe, uproszczone i krzywdzące dla wielu sprawnych urzędów i kompetentnych urzędników. Coś na rzeczy jednak jest, dlatego zdecydowaliśmy się na publikację tego materiału. Może okaże się kamyczkiem do zmian. Prosimy o uwagi z obu stron unijnej barykady: od beneficjentów z jednej i przedstawicieli administracji z drugiej strony. Niech szybko znikną barykady.
Marek Szymański
,,Nie działające infolinie i generatory wniosków, sprzeczne przepisy, brak kompetentnych informacji dla beneficjentów - to najważniejsze problemy wyłaniające się dzisiaj w województwach”.